strona główna > 
wybierz miasto:
B C G J K Ł O P R S T W Z KONKURSY

Katowice
Galeria Szyb Wilson
XII Art Naif Festiwal
07.06.2019 - 23.08.2019
Patronat „Arteonu”

Międzynarodowy Festiwal Sztuki Naiwnej – Art Naif Festiwal – jest wydarzeniem cyklicznym, dzięki któremu już od ponad 10 lat postindustrialne wnętrza Galerii Szyb Wilson w Katowicach zapełniają się kolorową, radosną i odświeżającą sztuką naiwną z całego świata. W 2019 roku Festiwal odbywa się po raz dwunasty. Krajem przewodnim tegorocznej edycji, a jednocześnie gościem specjalnym Katowic jest odległa Kolumbia, w której sztuce do dziś zauważalne są wzajemne wpływy sztuki europejskiej, która dotarła do Ameryki na przełomie XV i XVI wieku, i pierwotnej, rodzimej kultury Inków. Nie zabraknie również reprezentantów innych krajów Ameryki Południowej: Argentyny, Brazylii, Ekwadoru, Urugwaju czy Wenezueli. Wystawie głównej towarzyszyć będą wystawy dodatkowe, zorganizowane przez Muzeum Śląskie, Muzeum Historii Katowic, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu, Łódzki Dom Kultury. Podczas festiwalu nie zabraknie warsztatów artystycznych dla dzieci, koncertów i corocznego ArtJarmarku na nikiszowieckim rynku. Szczegółowy program znajduje się na stronie: www.artnaiffestiwal.pl

Głównym celem Art Naif Festiwalu jest rewitalizacja społeczna oraz przełamanie stereotypowego spojrzenia na przemysłowy charakter Śląska. Aby w pełni zrealizować zamierzone działania i dotrzeć do jak największego grona odbiorców, oprócz wystawy prac z nurtu naiwnego, organizatorzy przygotowują warsztaty plastyczne i inne wydarzenia edukacyjno-kulturalne. 

Sala Pilar (Argentyna), „The Moose in Katowice”, mat. pras. XII Art Naif Festiwal

[zwiń]


Katowice
Galeria ASP Rondo Sztuki
"Problemy pierwszego świata: życie przed śmiercią"
01.08.2019 - 07.09.2019

Karolina Bielawska, Agata Bogacka, Agnieszka Brzeżańska, Bartek Buczek, Grzegorz Drozd, Michał Frydrych, Łukasz Korolkiewicz, Dominika Kowynia, Agata Kus, Norman Leto, Marcin Maciejowski, Robert Maciejuk, Anna Panek, Michał Slezkin

Problemy pierwszego świata to temat memów. Internauci wyśmiewają nieznośną lekkość niepokojów, które pojawiają się, kiedy nie ma się naprawdę poważnych problemów. Głód nie zagląda w oczy. Przemoc nie wisi w powietrzu. Życiu może zagrozić tylko śmierć, ta jednak odsunięta jest w nieokreśloną przyszłość. W pierwszym świecie żyje się aż do śmierci. Nam Problemy pierwszego świata posłużyły za tytuł wystawy, która swoją premierową odsłonę w Fundacji Stefana Gierowskiego w Warszawie. Pierwsza wersja projektu zakończyła się w marcu 2019 roku, ale tytułowe problemy trwają. W Katowicach przedstawiamy więc remake wystawy, w wersji zaadaptowanej do przestrzeni Ronda Sztuki i w poszerzonej obsadzie artystek i artystów. Problemy… są wystawą malarstwa i zarazem wystawą o malarstwie. W pierwszym świecie malarstwo jest jednym z jego problemów. To dyscyplina w swej istocie pierwotna, a jednocześnie niezwykle zaawansowana w rozwoju własnego języka, opleciona siecią kontekstów swojej historii. Możliwość zajmowania się subtelnymi inwencjami współczesnego malarstwa jest pewnego rodzaju przywilejem: społecznym, kulturowym, oczywiście również ekonomicznym. Jako emblemat statusu, atut w rynkowej grze malarstwo wydaje się niepodważalne. Nie podważajmy go zatem i spytajmy raczej, czy malarstwo jako jeden z „problemów pierwszego świata” samo zdolne jest te problemy obrazować? Czynić je widzialnymi? Wobec globalnych problemów, z którymi mierzy się cały świat, problemy tego pierwszego wydają się rzeczywiście śmieszne, godne memów, a nie obrazów. Bo czym są problemy ludzi sytych i bezpiecznych, którzy mogą cieszyć się przywilejem namysłu nad jakością życia (albo namysłu nad malarstwem...), wobec dramatów osób głodnych, ludzi w niebezpieczeństwie, tych, którzy walczą o przetrwanie każdego dnia? Należy podkreślić, że choć na wystawie proponujemy zajęcie się problemami pierwszego świata, sztuka generalnie nie zaniedbuje innych palących kwestii współczesności. Przeciwnie, instytucje, wystawy i różne biennale pełne są ich reprezentacji i krytyki, rozwijanej również, a właściwie przede wszystkim w pierwszym świecie, który gotów jest wręcz artystycznie bagatelizować własne problemy, by pochylać się nad dramatami spoza swojego obszaru. Na wystawie nawet nie próbujemy zważyć tych dwu kategorii problemów na jednej szali, bo wynik pomiaru jest przecież znany. Zamiast ważenia zauważmy tylko, że przy całej różnicy wagi, problemy światów, które nie są tym pierwszym, pozostają rozwiązywalne, a w każdym razie ich rozwiązania są znane. Głodnych należy nakarmić. Na wojnę lekarstwem jest pokój. Na uścisk i wyzysk – sprawiedliwość. I tak dalej. Problemy pierwszego świata, przy całej swej niemalże komicznej nieważkości, mają to do siebie, że są nierozwiązywalne. Problemom pierwszego świata brakuje dramatyzmu, są trudno uchwytne, ale zarazem ostateczne. To te problemy, którym stawia się czoła, kiedy rozwiąże się problemy możliwe do rozwiązania. Jeżeli istnieje jeszcze jakiś wielki projekt społeczny poruszający ludzkość w globalnej skali, to jego przedmiotem są właśnie „problemy pierwszego świata”. Ci, którzy je mają, pragną borykać się z nimi dalej. Ci, którzy ich nie mają, pragną je mieć, i dążą do tego – poprzez migrację, globalizację, modernizację, ekonomiczny wzrost, albo przynajmniej na gruncie aspiracji i marzeń. W tym świetle nieważkość pierwszoświatowych problemów nabiera jednak pewnej wagi. Przestają być takie śmieszne, samym śmiechem nie da się ich zbyć i nie wystarczy mem, aby się z nimi rozprawić. A malarstwo – czy potrafi ich dotknąć? W sensie technicznym może wydawać się tradycyjne, archaiczne, wręcz anachroniczne – najczęściej manualne, analogowe, subiektywne. Właśnie w tych kategoriach tkwią jednak niektóre ze źródeł jego możliwości. Współczesny świat posiada wizualną reprezentację, o której powiedzieć, że jest bogata, obszerna czy szczegółowa to powiedzieć o wiele za mało. Trudno jednak rozstrzygnąć, czy ta mnogość wizerunków w większym stopniu odsłania czy przesłania rzeczywistość; szerzący się kryzys poznawczy podpowiada skłanianie się ku temu drugiemu przypuszczeniu. I można by zaryzykować tezę, że jeżeli w obliczu mnogości obrazów w ogóle moglibyśmy potrzebować ich jeszcze więcej, to takich, jakich dostarcza malarstwo. Wizualności – nieprzejrzystej, nieprzeźroczystej, ale za to pogłębionej, rozumiejącej i umożliwiającej zrozumienie – wizualności intuicyjnej mijającej się z krótką perspektywą teraźniejszości, ale za to obliczanej na długie trwanie – również w świadomości odbiorcy. Wystawa jest zatem propozycją spojrzenia na malarstwo przez pryzmat „problemów pierwszego świata”. I vice versa, jest poszukiwaniem odbijającego się w malarstwie obrazu życia, które trwa aż – i tylko – do śmierci. /Stach Szabłowski/

[zwiń]

   »

W sierpniowym „Arteonie” o Helene Schjerfbeck, malarce uchodzącej za ikonę fińskiego symbolizmu, w kontekście wystawy w Royal Academy of Arts w Londynie pisze Karolina Greś. Wojciech Delikta przybliża tekstylną i zarazem kobiecą mikrohistorię Bauhausu z okazji pokazów w Textiel Museum w Tilburgu oraz Art Institute w Chicago. Wojciech Skibicki z kolei przygląda się V Piotrkowskiemu Biennale Sztuk, a Karolina Staszak w rubryce „Czytanie sztuki” omawia prezentowaną w Muzeum Śląskim w Katowicach instalację „Jestem” Teresy Murak. W najnowszym „Arteonie” także Kajetan Giziński komentuje Triennale Rysunku Wrocław 2019, a Agnieszka Salamon-Radecka recenzuje prezentację sztuki Heleny Berlewi w Galerii Sztuki w Legnicy. Z Joanną M. Sosnowską, autorką książki „Polacy na Biennale Sztuki w Wenecji 1895-1999”, rozmawia Marek Maksymczak. Aleksandra Kargul rekomenduje sztukę Magdy Hueckel, w rubryce „Sztuka młodych” dyplom Antoniny Kieliszewskiej przedstawia Maria Roszyk, a w dziale „Filmowo” o bohaterce filmu Jacka Borcucha, artystce Marii Linde, pisze Zbigniew J. Mańkowski. Alicja Wilczak kontynuuje w rubryce „Zapojektowane” opowieść o współczesnej polskiej biżuterii artystycznej – tym razem omawia projekt „Moim zdaniem”. W najnowszym „Arteonie” także inne aktualia i inne stałe rubryki.

Okładka: Helene Schjerfbeck, „Self-portrait, Black Background”, 1915, oil on canvas, 45.5 x 36 cm, Herman and Elisabeth Hallonblad Collection, Finnish National Gallery / Ateneum Art Museum; fot. Yehia Eweis

Nieznana ikona
Wystawa Helene Schjerfbeck w Royal Academy of Arts w Londynie
Karolina Greś

Helene Schjerfbeck to nazwisko wciąż szerzej nieznane. Należałoby dodać „niestety”, ponieważ sytuacja ta jest wprost niedopuszczalna. Mowa jest bowiem nie tylko o doskonałej malarce, ale i tytanie pracy, wytrwałej podróżniczce i śmiałej eksperymentatorce. W swojej ojczyźnie, Finlandii, zyskała status gwiazdy i cieszy się od dziesięcioleci w pełni zasłużonym uwielbieniem. Rodacy nie tylko zadbali, by stała się bohaterką kilku powieści, ale i dołożyli starań, by rok 2020 stał się prawdziwie rokiem Schjerfbeck – ukażą się wtedy zarówno film, jak i opera jej zadedykowane. Artystka zdecydowanie nie była typem skandalistki, wikłającej się w toksyczne relacje i urozmaicającej sobie czas ekscesami, co tak często decyduje o „sławie” twórcy. Na kartach fińskiej historii zachował się jej wizerunek jako w pełni skoncentrowanej na sztuce kobiety, która niezależnie od sytuacji po prostu tworzyła. Jej stosunek do malarstwa można określić jako miłość, pasję czy wręcz obsesję. Było to uczucie tak silne, że pozwoliło jej przetrwać i wciąż działać pomimo m.in. częściowej niepełnosprawności, biedy, braku wsparcia ze strony rodziny, złamanego serca i niespełnionego marzenia o macierzyństwie. Poznając dzieje Helene Schjerfbeck, ma się nieodpartą ochotę mówić o niej dużo i wszędzie, by odczarować panującą wokół niej ciszę. Absolutnie bezcenna jest inicjatywa podjęta przez Royal Academy of Arts w Londynie, która we współpracy z Ateneum przygotowała wystawę tej artystki, ukazującą jej 65 płócien. Jest to pierwszy przegląd twórczości Schjerfbeck w Wielkiej Brytanii, ale można mieć nadzieję, że to dopiero początek popularyzacji jej dorobku.

Helene Schjerfbeck, „The Family Heirloom”,  1915-1916, oil on canvas, 63 x 44,5 cm, August and Lydia Keirkner Fine Arts Collection, Finnish National Gallery / Ateneum Art Museum; fot. Yehia Eweis, materiały prasowe Royal Academy of Arts

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Bauhausowy wątek
Wystawy tekstyliów z kręgu Bauhausu
Wojciech Delikta

O przypadającym na rok 2019 jubileuszu założenia Bauhausu oraz dziejach tej istotnej dla sztuki i wzornictwa uczelni pisałem w lutowym numerze „Arteonu”. Wspomniałem wtedy również o wystawach celebrujących stulecie. O ile mój artykuł stanowił próbę sumarycznego zrekonstruowania losów Bauhausu (od jego ufundowania do zamknięcia w 1933), o tyle wiele jubileuszowych ekspozycji koncentruje się na mikrohistoriach niemieckiej szkoły. Do takich właśnie prezentacji należą pokazy w Textiel Museum w Tilburgu i w Art Institute w Chicago. Muzealne placówki, oddalone od siebie o ponad sześć tysięcy kilometrów, postanowiły skupić uwagę zwiedzających na tylko jednym obszarze bauhausowej działalności – włókiennictwie. „Bauhaus & Modern Textiles in The Netherlands” oraz „Weaving beyond the Bauhaus” nie tylko opowiadają o przemyśle tekstylnym sprzed prawie wieku, lecz także wskazują na jego wpływ na współczesne projektowanie tkanin.

Greten Neter-Kähler, „Hommage aan Klee”, 1955, 101 x 87 cm, private loan Bob Janssen, fot. Bob Janssen, materiały prasowe Textiel Museum

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Podniesienie krzyża
Czytanie sztuki | „Jestem” Teresy Murak
Karolina Staszak

Instalacja Teresy Murak zatytułowana „Jestem” to monumentalny, stalowy krzyż, którego pionowa „belka” do wysokości przecięcia oblicowana została węglem kamiennym, wydobytym specjalnie dla artystki przez górników z kopalni „Halemba” w Rudzie Śląskiej. Prezentacja tej pracy w Muzeum Śląskim to druga jej odsłona. Pierwsza miała miejsce w warszawskiej Zachęcie w 2016 roku w ramach indywidualnej wystawy artystki i różniła się od obecnej przynajmniej w trzech ważnych punktach. Przede wszystkim katowicka „Galeria jednego dzieła” pozwoliła postawić pracę w pionie, podczas gdy w Zachęcie krzyż, nie mieszczący się w za niskiej przestrzeni, został zamontowany ukośnie, podwieszony do szklanego sufitu na wielu stalowych linach, co sprawiało wrażenie podnoszenia krzyża, choć stojąc pod nim, równie dobrze można było obawiać się upadku konstrukcji. Być może to dlatego Agnieszka Tarasiuk na spotkaniu z artystką pytała o znaczenie krzyża pokazywanego w Zachęcie, który wydał jej się „opresyjny, groźny i intensywny”. Teresa Murak nie uznała wtedy za konieczne objaśniania swojej pracy, jednak zmiany w sposobie jej ekspozycji wiele dopowiadają. A więc mamy pion. Krzyż stracił narracyjną dynamikę, z jednej strony, bycia (z trudem) podnoszonym, z drugiej – kojarzącego się z profanacją upadania. Pozycja wertykalna jest jedynie słuszną dla krzyża, który teraz uświęca miejsce swoją ortodoksyjną obecnością. Jest sacrum. A mimo wszystko obiekt „wie”, że nie stoi na swoim miejscu – wszak nie został ustawiony centralnie w przestrzeni i nie zajmuje żadnej z osi.

Teresa Murak, „Jestem”, instalacja w ramach „Galerii jednego dzieła” Muzeum Śląskiego w Katowicach (9.02-28.07.2019), fot. KS

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Jesteśmy ślepi?
V Piotrkowskie Biennale Sztuki
Wojciech Skibicki

Jesteśmy po prostu ślepi. Nic nie widzimy” – mówi Listonosz w jednej ze scen „Ofiarowania” Andrieja Tarkowskiego. Chodzę z tym zdaniem od czasu odwiedzenia wystawy V Piotrkowskiego Biennale Sztuki, będącej zresztą hołdem dla wspomnianego mistrza kina. „Co, w jaki sposób i dlaczego ofiarować światu?” – to hasło tegorocznej edycji. Opis założeń wystawy konkursowej, autorstwa Krzysztofa Jureckiego, zawiera jeszcze drugie pytanie: „Co uczynić, aby ocalić duchowość współczesnego świata?” – jest ono zupełnie niedzisiejsze. Bowiem tematyka duchowości, w szczególności chrześcijańskiej (do której wprost odwołuje się w swoim dziele Tarkowski), raczej nie znajduje miejsca w ważnych przestrzeniach sztuki współczesnej. Mam więc wrażenie, że Biennale w Piotrkowie, wyznaczając nietypowy kierunek, należy do istotnych pokazów polskiej sztuki i, co ciekawe, budzi spore zainteresowanie artystów różnych pokoleń (374 artystów zgłosiło do konkursu 906 prac). Komisja w składzie: Krzysztof Jurecki, Grzegorz Borkowski, Stanisław Piotr Gajda, Katarzyna Józefowicz, Piotr Kotlicki oraz Małgorzata Wielek-Mandrela wybrała 65 dzieł, które zostały zaprezentowane w dwóch przestrzeniach wystawienniczych Ośrodka Działań Artystycznych. Przyznam, że przywołanie twórczości Tarkowskiego, a w szczególności jednego z moich ulubionych dzieł filmowych jego autorstwa, czyli „Ofiarowania”, sprawiło, że nie mogłem doczekać się obejrzenia rezultatów piotrkowskiego konkursu.

Aleksandra Pulińska, „Droga”, 2013, wideo, 10 min. 44 s, mat. pras. Ośrodka Działań Artystycznych w Piotrkowie Trybunalskim

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Pogrzebany rysunek
Triennale Rysunku Wrocław 2019
Kajetan Giziński

Tegoroczna edycja „jednej z największych imprez rysunkowych w Europie Środkowo-Wschodniej” zorganizowana została w dwóch, mocno oddalonych od siebie, bardzo odmiennych przestrzeniach – wystawa konkursowa na dworcu Wrocław Główny, na zaadaptowanym na potrzeby wystawiennicze poddaszu, natomiast wystawa główna w równie postindustrialnym, betonowym schronie Muzeum Współczesnego. Choć artyści biorący w nich udział inspirowali się odmiennymi hasłami i dostali do dyspozycji zupełnie inne warunki, obie prezentacje są do siebie bardzo zbliżone i wywołują podobne uczucia – mieszane, niewstrząśnięte, z dominującym nutą tęsknoty za sztuką. Prawie wszystkie większe wydarzenia artystyczne w Polsce dotyka podobny problem: brak wyraźnego programu, obiektywnych kryteriów oraz kreatywności. Przyczyn takiej sytuacji jest dużo. Wielu ludziom szeroko pojętej kultury i sztuki wydaje się, że muszą nadążać za najnowszymi trendami światowymi, a przy tym za uniwersalny uznawany jest obowiązek opisywania i komentowania „kondycji ludzkiej”. Trudno powstrzymać się od złośliwości, gdy dokładnie te same słowa-wytrychy i filozoficzna mowa-trawa powtarzają się przy każdej okazji.

Irmina Rusicka & Kacper Lecnim, „Jakoś to było, jakoś to jest, jakoś to będzie – renowacja”, 2019, działania konserwatorskie, materiały dokumentacyjne, fot. materiały prasowe TRW

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Sposób na długowieczność
Hel Enri w Galerii Sztuki w Legnicy
Agnieszka Salamon-Radecka

Niewiele wiadomo na temat źródeł tej twórczości, znamy zaledwie kilka momentów na drodze ku tworzeniu – opowieść o wczesnym małżeństwie (wyszła za mąż w wieku 17 lat), które miało jakoby zrekompensować przerwane lekcje śpiewu (podobno była wyjątkowo utalentowana w tym kierunku); równie wczesne wdowieństwo i wyjazd do Paryża w 1928 roku z najstarszym synem Henrykiem Berlewim (1894-1967), z którym łączyła ją szczególna więź emocjonalna, czego wyrazem był jej pseudonim artystyczny, utworzony z dwóch imion: Heleny (Hel) i francuskiej wersji Henryka (Henri) – fonetycznie: Enri. Słowa wytrychy – kobieta, Żydówka ocalała z Zagłady – są wdzięcznymi elementami budującymi jej wizerunek, ale niczego tak naprawdę nie mówią. Bo przecież skoro jako młoda dziewczyna uczyła się śpiewu, to może pobierała również lekcje rysunku, co nie było znowu niczym wyjątkowym pod koniec XIX wieku. Jakie było jej nazwisko panieńskie, jakie korzenie, poza oczywistym pochodzeniem żydowskim – nic na ten temat nie wiadomo. Spuścizna artystyczna, jaką po sobie zostawiła, świadczy o ogromnej wrażliwości i wyobraźni, które, nawet mimo ułomności warsztatowych, doprowadziły do powstania oryginalnych dzieł. Hel Enri była też bacznym obserwatorem i uczestnikiem życia artystycznego, posiadała estetyczną erudycję, coś, co współcześnie bezlitośnie się bagatelizuje, a co było jedną z przyczyn erupcji jej talentu.
Epizod twórczy w życiu Heleny Enri nie trwał długo, malowała jedynie nieco ponad 20 lat – aż do połowy stycznia 1952 roku była jedynie matką swojego słynnego syna, awangardowego malarza. Jak głosi anegdota, po raz pierwszy sięgnęła po pędzel w wieku siedemdziesięciu dziewięciu lat, by zabić nudę oczekiwania na powrót Henryka do domu.

Hel Enri, „Kompozycja abstrakcyjna”, 1966, akwarela na papierze, 23,5 x 31,3 cm, materiały prasowe Galerii Sztuki w Legnicy

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Ekonomia, hipokryzja i samoloty
Z Joanną M. Sosnowską rozmawia Marek Maksymczak

M.M.: Motyw samolotu pojawia się i w polskim pawilonie. Jak Pani ocenia naszą prezentację?
Joanna M. Sosnowska: To jest o 30 lat za późno. Wystawienie przedmiotu zniszczonego, przenicowanego, który ma nas poruszyć, należy już do minionych strategii artystycznych. To zupełnie nie robi wrażenia. Roman Stańczak, ukazując samolot od podszewki, odwołuje się do tragedii smoleńskiej i jej następstw, próbuje skomentować naszą najnowszą historię. Jednak takie pomysły, polegające na odwracaniu przedmiotów na lewą stronę, realizował on już ponad 20 lat temu. Połączenie tego ze Smoleńskiem jest w jakiś sposób wtórne, bo nie samo wydarzenie i to, co po nim nastąpiło popchnęły go do wynalezienia nowej koncepcji artystycznej, lecz pewne treści wpisał on do czegoś, co już wcześniej w swojej twórczości wypracował. Pamiętam, jak w 2013 roku w polskim pawilonie zaprezentowano instalację dźwiękową, nomen omen, Konrada Smoleńskiego. Powiązanie jego pracy z tragedią z 10 kwietnia nie było czytelne od razu, lecz takie skojarzenia mogły się zrodzić w miarę jej oglądu. Nie uważam, aby artysta przypadkiem umieścił na każdej z dwóch bocznych ścian pawilonu 96 metalowych tabliczek. Oczywiście, ich obecność miała swoje znaczenie akustyczne, istotne dla projektu, ale przywołana ich liczba wraz z nadaną im formą i zbudowaną zeń kompozycją dawały do myślenia. Nie wydaje mi się, aby to był przypadek. Praca Smoleńskiego przyciągała swą przemyślaną budową, poruszała wyobraźnię, choć mało kto zwrócił uwagę na jej związek z tragedią smoleńską. Natomiast propozycja Stańczaka to wyłożenie „kawy na ławę” – rozwalony samolot.

Widok wystawy „Lot” Romana Stańczaka w Pawilonie Polskim, 2019, fot. Weronika Wysocka / Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Antonina Kieliszewska: Odkryć ukryty potencjał
Sztuka młodych
Oprac. Maria Roszyk

Skąd czerpiesz inspiracje?
Jakkolwiek banalnie to brzmi, inspiracją może się stać właściwie wszystko, co mnie otacza, co napotykam na swojej drodze. Czasem jest to jakiś stary przedmiot, fotografia, nietypowe zestawienie kolorów na odrapanej ścianie kamienicy, słuchana właśnie piosenka albo stan ducha, w jakim się w danym momencie znajduję. Stare przedmioty pobudzają moją wyobraźnię, ponieważ kryją w sobie tajemnice, mają nam wiele do przekazania, ale mówią w języku, który trudno zrozumieć. Zbieram więc stare książki z ciekawą szatą graficzną, teczki, albumy, pożółkłe arkusze papieru – z poczuciem, że kiedyś na pewno się przydadzą. Z doświadczenia wiem, że nawet jeśli nie wydarzy się to od razu, po jakimś czasie zrozumiem, po co je zabrałam i będę mogła odkryć ukryty w nich potencjał.

Antonina Kieliszewska, „Moi nieznajomi”, 2019, druk wklęsły, praca dyplomowa, UAP Pracownia Wklęsłodruku, fot. dzięki uprzejmości artystki

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Interpretowane ślady
Sztuka młodych | Antonina Kieliszewska
Maria Roszyk

Przychodzi na spotkanie z pudełkiem pełnym czarno-białych fotografii. Te, które znalazła posklejane ze sobą, trzyma cały czas w jednym kawałku. Nie stara się rekonstruować rodzinnych historii, nie próbuje identyfikować postaci. Opowiada o własnych spotkaniach z bohaterami tych fotografii. „Nie znam ich, ale są moi, trochę ich kupiłam. Fotografie kupowałam partiami od jednego pana na jarmarku, bałam się, że jak ich nie wezmę, znikną”. Praca dyplomowa młodej poznańskiej artystki powstała z inspiracji odnalezioną fotografią. Przekładając własne poruszenia na język graficzny, Kieliszewska dzieli się z widzem swoim spojrzeniem – uważnym, refleksyjnym i nieraz pełnym humoru. „Nie dopisuję historii, ale daję im znów na chwilę zaistnieć”. W Kiosku na poznańskiej Śródce jej „nieznajomi” znów mieli swoje pięć minut – stali się bohaterami tajemniczych wydarzeń, wchodzili w absurdalne związki, współtworzyli dekoracyjne czy niemal ornamentalne układy.

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

W (moim) ogrodzie
Rekomendacje | Magda Hueckel
Aleksandra Kargul

Rozpoczynając zwiedzanie wystawy „Choroba jako źródło sztuki” w poznańskim Muzeum Narodowym, zauważyłam jej prace od razu. Przebiły się do mnie przez całą szerokość sali, meandrując między ściankami, przeskakując ponad wizualnością prac innych artystów. Kilkanaście małych, nie większych niż A4 kolaży w starych ramkach, zgrupowanych w nieregularną mgławicę podobną do tej, którą stworzyłam we własnym domu. Elementy składowe tych kompozycji, także wyśmienicie przeze mnie znane, bo pochodzące z publikacji, które zafascynowana wertowałam całymi godzinami – rysunki ze starych książek medycznych, przyrodoleczniczych, botanicznych i astronomicznych. U mnie zamknięte za szklanymi drzwiami gabloty, czczone niczym relikwie, tylko nieliczne fragmenty pieczołowicie wypreparowane i niemal w nienaruszonym stanie oprawione w ramy, u niej adorowane w zupełnie odmienny sposób. Szybki research. Wystawiała wiele razy, nieobca moim znajomym, przez niektórych nawet analizowana (sic!), artystka wizualna, fotografka, scenarzystka. Najpierw ukłucie zazdrości, a potem wstydu – kim jesteś i dlaczego trafiłam na ciebie dopiero teraz?! W swej recenzji poznańskiej wystawy nie wspomniałam o niej ani słowem. Dobrze wiedziałam, że w przyszłości przyjdzie mi o niej napisać więcej niż jedno zdanie. Magda Hueckel, bo o niej tu mowa, zostawiła we mnie ślad.

Magda Hueckel, „Fetus II”, z cyklu „In my garden”,  2018/2019, dzięki uprzejmości artystki

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Artysta zmyślony
„Słodki koniec dnia” Jacka Borcucha
Zbigniew J. Mańkowski

Jaki jest artysta – w istocie artystka – w filmie Jacka Borcucha? Z co najmniej kilku względów filmowy konstrukt artysty jest wart uwagi. Wydaje się, że jest on projektem zrodzonym z lęków czasu. Nazywam go projektem/konstruktem zmyślonym, zdając sobie sprawę, że większość artystycznych obrazów to kreacje. A jednak w tym przypadku słowo zmyślony ma dla mnie znaczenie negatywne – jest to artysta nieprawdziwy, wydumany. Zacznijmy od charakterystyki filmowej artystki. Ma ona cechy co najmniej trzech wybitnych pisarzy-artystów: myśli poetycko, wypalając przy tym papierosy, jak Wisława Szymborska, jest radykalna i bezkompromisowa jak Oriana Falacci oraz wrażliwa społecznie i głęboko refleksyjna jak Pier Paolo Pasolini, który gromił: „Gadacie do końca, byle uciec przed prawdą”, „Schodzę do piekła i wiem o rzeczach, które nie burzą spokoju innych ludzi” oraz „Słucham polityków z ich formułkami, wszystkich polityków, i dostaję szału” („Ostatni wywiad”, [w:] „Zeszyty Literackie”, 2000 nr 3, s. 74-77). Bohaterka więc, przejawiając zasadniczo pozytywne cechy, uosabia nowoczesne pragnienie bycia moralnym wychowawcą. W tym nowoczesnym pragnieniu zawiera się kilka ważnych powinności artysty – ma on sprawiać, byśmy więcej widzieli, odczuwali i bardziej przeżywali świat, a także, byśmy go lepiej rozumieli. To jednak nie wszystko. Artysta, jak nasza filmowa poetka, musi uzmysławiać odbiorcy, że świat nie tylko trzeba rozumieć, ale należy go przede wszystkim zmieniać w imię postępu i według jego nieoczywistych reguł. Maria Linde jest radykalna, odrzuca lub kwestionuje wartości i wybory ludzi wokół, wywołując konflikt, który sprawia, że w finale opowieści „trafia” (zostaje wepchnięta) do klatki, co można odczytać jako nawiązanie do życia wielkiego Ezry Ponda – poety zaangażowanego w promocję faszyzmu, który po latach okupacji, w ramach kary właśnie, został umieszczony w podobnej klatce w Pizie. Myślę jednak, że ten akt przemocy w założeniach twórców miał raczej ostrzegać przed represywną przyszłością – projektowaną i zapowiadaną bez uzasadnienia. Obraz artystki zamkniętej w klatce służy temu, by straszyć wrażliwą artystycznie, estetycznie otwartą i wciąż bardzo świadomą publiczność, która ma przecież wiele powodów, by się nie bać – by po swojemu widzieć, przeżywać i rozumieć to, co daje się pojąć, po to właśnie, by żyć pełniej, głębiej i racjonalniej. Ostatecznie jednak obraz ten nie ma mocy sprawczej, nie przestrasza skutecznie, z jednego podstawowego powodu – jest nieprawdziwy.

Kadr z filmu „Słodki koniec dnia”, 2019, reż. Jacek Borcuch, mat. pras. Next Film

 

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Biżuteria z przesłaniem
O projekcie „Moim zdaniem”
Alicja Wilczak

Biżuteria od pradziejów niesie wiele znaczeń. Towarzyszy ludziom od zawsze. Jest ozdobą ciała i stroju, lokatą, wyrazem emocji. Biżuteria jest przedmiotem badanym przez archeologa i psychologa, informacją dla widza i historyka, obiektem tworzonym przez mistrza i ignoranta, rekwizytem artysty i kabalisty, symbolem władzy i żałoby, manifestem politycznym i religijnym, rzeczą piękną lub kiczem”. Cytat z tekstu promującego wystawę „Moim zdaniem”, której pomysłodawcami byli Marek Nowaczyk, Andrzej Pacak, Mariusz Pajączkowski i Andrzej Sadowski, wprowadza w szeroką problematykę. Koncepcja projektu polegała na prezentacji biżuterii z komunikatem. Idea połączyła artystów, kuratorów, prekursorów współczesnej polskiej biżuterii artystycznej. Potrzeba wypowiedzi, manifestacji poglądów za pośrednictwem biżuterii bliska była organizatorom i artystom od początku ich działalności. Mariusz Pajączkowski zaczynał swoją twórczą drogę od broszy – opornika oprawionego w srebro, który wyrażał sprzeciw wobec wprowadzenia stanu wojennego. Marek Nowaczyk zaś w latach 80. organizował wystawy sztuki złotniczej w Legnicy, na których obiekty prezentowały treści narracyjne.
Temat jest bardzo szeroki, ponieważ hasłem „Moim zdaniem” można wyrazić wszystko. Wypowiedzi artystów dotyczyły bardzo różnych wątków, między innymi: ekologii, polskiej sceny politycznej, tożsamości kulturowej, LGBT, ale także uniwersalnych refleksji egzystencjalnych. Wystawy prezentowały biżuterię, której forma deklaruje konkretne poglądy lub zadaje pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Projekt rozpoczął się w 2018 roku i miał już 11 różnych odsłon w instytucjach publicznych, takich jak Muzeum Sztuki Złotniczej w Kazimierzu Dolnym czy Galeria Sztuki w Legnicy oraz w prywatnych galeriach, np. Galerii YES, a także na targach jubilerskich Jubinale w Krakowie.

„Marek Nowaczyk, „Transplantacje to nie tylko nadzieja”, miedź, srebro, poliester, fot. materiały prasowe Galerii YES

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Artykuł dostępny w wydaniu drukowanym